Moje drugie dziecię, czyli Tajemniczy Ogród wymaga znacznie więcej uwagi, niż początkowo sądziłam. Dodawanie kolejnych porad, uzupełnianie katalogu... to zajmuje dużo czasu. Przez to mam dwa tygodnie obsuwy z rozdziałami tutaj. Źle się czuję z tego powodu, ale co poradzić - do końca września robię tutaj przerwę. Przez ten czas postaram się może lepiej zorganizować sobie czas i wziąć w ryzy nieco kapryśną wenę. Nie jest to zawieszenie, ani nic podobnego. Wrócę w październiku, także do zobaczenia! :)
Rozdział 1.13 - Biały
Lya nerwowo wyłamywała kostki, chodząc w kółko po komnacie. Słyszała ciche chlipanie Sharwyn i coraz słabszy oddech Daelana. Deekin milczał, patrząc tylko na nią z nadzieją - on jeden nigdy w nią nie wątpił. Nawet wtedy, gdy jej samej nie starczało nadziei.
Zaklinaczka zatrzymała się w końcu. To nie mogło się tak skończyć! Nie, kiedy udało im się znaleźć wojownika i przywrócić go do świata żywych! W pewnym momencie zatarła ręce i odetchnęła głębiej, odwijając rękawy.
- Spróbuję związania sfer - powiedziała.
Sharwyn podniosła na nią wzrok, w którym pojawiła się mała iskierka nadziei.
- To go uleczy?
- Nie. Ale może wezwie coś, co będzie to potrafiło.
To mówiąc uniosła ręce. Żywiołak wody zniknął w rozbłysku błękitnego światła, gdy przestała utrzymywać przywołujące go zaklęcie. Potrzebowała pełni koncentracji - związanie sfer było niezwykle trudnym czarem i nic nie mogło rozproszyć jej uwagi. Wypowiadała zawiłe formuły w niezrozumiałym dla innych, śpiewnym języku, a jej dłonie splatały misterną sieć z energetycznych włókien magii. Zaklęcie przenikało przez kolejne plany i światy, sięgając swą mocą aż do Celestii, niebiańskiego planu będącego esencją wszelkiego dobra, prawości i cnót, oraz siedziby dobrych bogów, niosąc z sobą rozpaczliwe wezwanie pomocy. Komnata wypełniała się stopniowo błękitnawym światłem, które kondensowało się wokół Lyi. A potem nagle przed zaklinaczką wyrósł słup oślepiająco białego światła. Lya cofnęła się, osłaniając uszy, gdy wraz z rozbłyskiem rozbrzmiał przytłaczający dźwięk setek trąb. Niewidzialna siła odepchnęła ją pod ścianę, a potem nagle wszystko zniknęło. Tylko na środku komnaty, w oparach mlecznej mgły, stała istota.
Był to niezwykle wysoki, barczysty mężczyzna, o ciele porośniętym złocistym futrem i głowie psa. Jego jedynym odzieniem był skórzany balteus, nabijany żelaznymi guzami. W ręku trzymał obnażony miecz.
Archont postąpił kilka kroków w kierunku Lyi i zmierzył ją uważnym spojrzeniem ogromnych, orzechowych oczu. W tym jednym spojrzeniu kryło się tyle wiekowej mądrości, zrozumienia i współczucia, a jednocześnie powagi, że kobieta nie była w stanie odwrócić wzroku. Było nieziemsko magnetyczne. Cała postać przybysza emanowała niemalże królewskim dostojeństwem, każdy rys był idealny i w jakiś sposób... szlachetny.
- Słucham, śmiertelniczko - powiedział archont swym niskim, wibrującym głosem.
Lya skłoniła się z szacunkiem - tylko to wydawało jej się odpowiednie. Rozmawiała już z różnymi dostojnikami, jednak tylko przy archoncie ten gest wydał jej się zupełnie naturalny, a nie oczekiwany.
- Mój przyjaciel jest ciężko ranny... - zaczęła i głos uwiązł jej w gardle, gdy spojrzała na Daelana.
Archont podążył za jej wzrokiem, a potem podszedł do półorka. Mocarny wojownik wyglądał przy nim jak mała kukiełka... Przybysz klęknął, położył ogromną, uzbrojoną w ostre pazury dłoń na piersi Daelana i przemówił.
- Bądź uzdrowiony.
Łagodny, jasny blask otoczył ciało półorka i w jednej chwili jego rany po prostu zniknęły, jakby nigdy ich nie było. Wszelkie głębokie cięcia, rozległe oparzenia i otarcia - nawet zbroja na powrót była cała. Archont podniósł się i znów zwrócił do Lyi.
- Czy to wszystko, śmiertelniczko?
Zaklinaczka przełknęła ślinę.
- T-tak... Dziękuję - wydusiła w końcu.
Niebianin skinął jej głową.
- Czeka cię daleka droga, śmiertelniczko. Dłuższa, niż jesteś sobie w stanie wyobrazić... Upewnij się, że weźmiesz ze sobą tych, którzy będą tego godni - Tylko Lya usłyszała te słowa, rozbrzmiewające w jej głowie. Archont wyciągnął w górę rękę, na powrót przyzywając słup światła. Wypełnił on komnatę, a potem zniknął tak szybko, jak się pojawił. Po przybyszu zostały tylko strzępy mgły i dalekie echo trąb.
Przez pewien czas panowała cisza. Nikt się nawet nie poruszył. A potem kilka rzeczy wydarzyło się na raz.
Lya usiadła tam, gdzie stała, czując, że nogi zaraz odmówią jej posłuszeństwa, Deekin odtańczył dziwny taniec radości, krzycząc "Hurra! Szefie, udało się!", Daelan uniósł się na łokciach, pytając, co się stało, zaś Sharwyn zaczęła się śmiać, nie potrafiąc wykrztusić z siebie słowa.
Słowa niebianina wryły się w pamięć Lyi i kołatały w głowie, jednak nie potrafiła niczego z nich wywnioskować. O jakiej drodze mógł mówić? Czy chodziło o dalsze zapuszczanie się w głąb Podgórza, czy może o coś więcej? Nie miała czasu zastanawiać się nad tym - czekało ją ważniejsze zadanie, niż rozwiązywanie łamigłówek.
Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, zajęta poszukiwaniem czegokolwiek, co mogłoby uleczyć Daelana, ale w ekwipunku mrocznych elfów znajdowało się kilka kryształowych prętów. Był zielony, niebieski, żółty oraz biały – taki, którego jeszcze nie mieli. Sharwyn obracała w palcach nowe znaleziska.
- Myślicie, że do uruchomienia mechanizmu mostu i otworzenia go potrzeba więcej niż jednego pręta danego koloru?
Lya przerwała metodyczne przepakowywanie plecaka i spojrzała na kobietę. Gdyby była to prawda, byliby znacznie dalej od podążenia na niższy poziom, niż jej się początkowo wydawało.
- Zastanówmy się – powiedziała, odgarniając ciemne włosy z twarzy. – Podgórze jest przystosowane do tego, że poszukiwacze przygód przemierzają jego korytarze, omijają pułapki, walczą z potworami i szukają skarbów. Oraz próbują przejść dalej. Niewykluczone, że może się pojawić więcej niż jedna grupa na raz na tym samym poziomie. Może więc elementy układanki pojawiają się w takiej liczbie, by każda grupa mogła znaleźć komplet?
- To chyba nie w stylu Halastera – mruknął Daelan, wykrzywiając pogardliwie wargi. – On pewnie sprawiłby, by pojawiło się dokładnie tyle prętów, ile jest potrzebnych i jeśli jest więcej drużyn, niech walczą ze sobą.
- Umm… Deekin myśli, że to by było mało śmieszne. – Wszystkie spojrzenia zwróciły się w stronę kobolda. – Deekin kiedyś się trochę zgubił i szukał szefa, a szef wtedy szukał Deekina i bardzo długo się tak szukali i nie mogli znaleźć. To było długie i nudne, bo cały czas tylko chodzili i nic więcej się nie działo. Deekinowi się wydaje, że jeśli jedna drużyna szukałaby drugiej, a tamta by jeszcze się chowała, to byłby to szczyt nudy i Halaster by się wcale nie śmiał.
- Brzmi sensownie – podsumowała Sharwyn.
- Nie dowiemy się na pewno, dopóki nie spróbujemy poradzić sobie z mechanizmem. Na razie weźmy wszystkie pręty – od przybytku głowa nie boli. Ale zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz… - Lya zawiesiła na chwilę głos. – Skoro drowy atakują przez Podgórze, to czemu niby miałyby chcieć dostać się na dół tą drogą? Nie mają własnych, bezpiecznych i łatwych dróg?
Po tym pytaniu zapadła chwila ciszy. Faktycznie, było to co najmniej dziwne. Zaklinaczka obracała w myślach to, co usłyszała od Durnana i innych jeszcze na powierzchni. Niektórzy mówili, że Halaster musi współpracować w jakiś sposób z drowami, skoro udało im się przejść przez Podgórze, inni zaś twierdzili, że to niemożliwe – nienawiść czarodzieja do mrocznych elfów była tak wielka, że trudno ją było porównać do czegokolwiek. Ale z drugiej strony był przecież kompletnie obłąkany, więc czemu nie mógłby wypuścić bandy drowów i potworów na Waterdeep, ot tak, dla kaprysu? A może wypadki potoczyły się jeszcze inaczej – Halaster został pojmany przez mroczne elfy i zmuszony do współpracy, albo wręcz zamordowany. Tylko czy potężny arcymag z paranoją dałby się złapać drowom? Pytań było wiele i tak naprawdę trudno było na jakiekolwiek jednoznacznie odpowiedzieć.
Daelan potrząsnął głową, jakby chciał od siebie odpędzić natrętne myśli.
- Nie wiem, Lya. Naprawdę nic nie przychodzi mi do głowy. Chyba wciąż mamy za mało informacji, by cokolwiek rozsądzić…
Zaklinaczka dopakowała ostatni eliksir i zapięła plecak.
- Masz rację, siedząc i gdybając do niczego nie dojdziemy. - To mówiąc wstała i zarzuciła go sobie na plecy. - Chyba wszyscy wiemy, co dalej robić. Chodźmy, Waterdeep czeka.
To mówiąc ruszyła w mroki korytarza, a drużyna podążyła za nią.
[Dziś trochę krócej, niż zazwyczaj, wiem. Następna za to będzie dłuższa]
Rozdział 1.12 - Drowy
Portal prowadzący do siedziby Królowej wróżek znaleźli w południowej części poziomu, dlatego drużyna postanowiła udać się do północnej części mając nadzieję, że tam znajdą portal prowadzący do siedziby drugiego z "władców", czyli ogrzego maga. W drodze zatrzymali się jeszcze w jednej z kryjówek, chcąc powyciągać z ciała resztki strzał pozostawionych przez wróżki. Sharwyn musiała wyplątać większość z włosów, za to Deekin w ogóle nie miał tego problemu. Jego twarda, łuskowata skóra odbiła wszystkie pociski czyniąc je nieszkodliwymi.
- Zmieniłeś się od czasu, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy - zaczęła Lya, zwracając się do kobolda. Była to prawda - Deekin znacznie zmężniał, był rozważniejszy w walce i co tu dużo mówić - chyba już się tak nie bał, jak na początku. Kiedyś w czasie każdej niemal potyczki widziała w jego wielkich, czarnych oczach strach, teraz zaś była tylko chłodna kalkulacja i determinacja, by zwyciężyć. To aż niesamowite, jak bardzo towarzysz może się zmienić. A przecież nie rozstali się na aż tak długi czas...
- Ummm... Deekin chciał o tym z tobą porozmawiać...
Zaklinaczka zaniepokoiła się.
- O czym?
Deekin pogrzebał nerwowo stopą w ziemi, spuszczając wzrok, ale po chwili go podniósł i wypalił:
- Stary Mistrz powiedział kiedyś Deekinowi, że w żyłach Deekina płynie dużo smoczej krwi. Deekin nie wiedział, o co chodzi... Deekin nie jest duży ani silny, no i nie zieje ogniem. Ale czasami... kiedy Deekin walczy... serce bije mu bardzo szybko i czuje się... silny. Czy to głupie, szefie?
- Nie - przyznała Lya, coraz bardziej zaciekawiona. - A do czego zmierzasz?
- Cóż... Deekin myśli, że powinien zostać uczniem smoka. Stary Mistrz nigdy mu tego nie proponował... ale może Deekin chociaż spróbuje. Decyzja należy do ciebie, szefie. Deekin zrobi to, co mu powiesz. Jeśli Deekin ma być twoim wiernym bardem, to Deekin też będzie szczęśliwy.
Plotki mówią, że magiczna siła zaklinaczy i bardów w jakiś sposób łączy się ze smoczą krwią w ich drzewie genealogicznym. Uczniowie smoka to czarownicy i czasami bardowie, którzy używają swej magicznej mocy jako katalizatora uwalniającego smoczą krew płynącą w ich żyłach. Droga ucznia zazwyczaj prowadziła w kierunku odkrywania swego smoczego pochodzenia i coraz silniejszego poddawania się jego wpływowi. Takie osoby czuły silny pociąg do smoków, zaczynały też odwiedzać miejsca, w których przebywały i uczyć się ich kultury. Lya nie miała jednak pojęcia, że taki mały, niepozorny Deekin może mieć w swych żyłach smoczą krew. Nie chodziło wcale o to, że go nie doceniała, czy lekceważyła, tylko po prostu... Deekin to Deekin. Ze smokiem wspólne miał tylko łuski. Mimo to nie ważyła się postawić koboldowi ograniczenia.
- Jeśli chcesz, zostań uczniem smoka - powiedziała z uśmiechem, zastanawiając się, do czego to właściwie doprowadzi.
- Dobra. Deekin tak właśnie zrobi. Dzięki, szefie - odparł, rozpromieniony.
Gdy wychodzili z kryjówki, Lya poczuła, jak Daelan nagle łapie ją za ramię, przytrzymując wewnątrz, gdy Sharwyn i Deekin wyszli już z komnaty.
- Mogę zamienić z tobą parę słów? - zapytał cicho.
- O co chodzi?
- Muszę ci coś wyznać, Lya. Coś, co jest dla mnie... trudne - wydusił w końcu, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. - Jednak uważam, że masz prawo o tym wiedzieć.
- Tak? Czy coś się stało? - Zaklinaczka była coraz bardziej zaniepokojona dziwnym zachowaniem Daelana. Zawsze był nieustraszony, teraz zaś wyglądało na to, że czegoś się bał.
- Nie podoba mi się to miejsce. Uważam, że nikt przy zdrowych zmysłach nie może polubić Podgórza, ze wszystkimi tymi pułapkami i potworami. Ale w moim wypadku to coś więcej - przyznał i zerknął na nią krótko, a potem znów odwrócił wzrok, jakby nie potrafiąc spojrzeć kobiecie w oczy. - Powietrze tutaj jest duszne i zatęchłe. Korytarze zbyt wąskie. Sufity zbyt niskie. A co, jeśli góra się zawali, grzebiąc nas na zawsze pod lawiną głazów i ziemi?
- Nie martw się, ta góra się nie zawali - powiedziała Lya, uspokajająco kładąc mu dłoń na ramieniu. Daelan westchnął tylko.
- Wiem, że mój lęk nie jest racjonalny, ale całe swoje plemienne życie spędziłem na wielkich równinach. Jestem przyzwyczajony do otwartego nieba i podmuchu wiatru na twarzy. To miejsce po prostu mi nie odpowiada.
Zaklinaczka przygryzła wargi, starając się tak dobrać wypowiedź, by nie urazić dumnego wojownika.
- Może powinieneś powrócić na powierzchnię? - spytała łagodnie. Półork tylko potrzasnął gniewnie głową.
- Nie opuszczę cię! My, Uthgardczycy, wierzymy, że trzeba stawić czoła swoim lękom. Tylko w ten sposób można je pokonać - pokazując, że nie mają nad nami żadnej władzy. Sądziłem jedynie, że lepiej będzie, jeśli powiem ci o moich... problemach, bo to ty rządzisz tą ekspedycją. Przysięgam jednak, że nie przeszkodzi mi to w wykonaniu misji.
- Wiem, Daelanie. Ufam ci - powiedziała, odnajdując wzrokiem jego spojrzenie. Wojownik w końcu chyba trochę się rozluźnił.
- Myślałem o Podgórzu, o tych wszystkich, którzy stracili tutaj życie. W całym Faerunie lochy Halastera znane są jako cmentarzysko poszukiwaczy przygód.
- Wiem, to niebezpieczne miejsce - przyznała zaklinaczka, zastanawiając się, do czego właściwie Daelan zmierza. Czy oprócz lęku przed zamkniętymi przestrzeniami coś jeszcze go trapiło? A może była to tylko przykrywka?
- Nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek odwiedza to miejsce - powiedział z mocą. - Czemu ryzykować życie w lochu zaprojektowanym specjalnie po to, aby cię zabić?
- Chciwość - Lya wzruszyła ramionami. To wydawało jej się jedynym możliwym wyjaśnieniem. - Tu, na dole, jest pełno przeróżnych skarbów.
- Tak, są tutaj skarby... Ale zbyt mało, żeby usprawiedliwić takie ryzyko. Jest tuzin innych miejsc, które skrywają większe skarby, niż Podgórze, a przy tym są mniej niebezpieczne. To miejsce wywiera dziwny wpływ na umysł awanturników. Lochy cieszą się ogromną popularnością. Według mnie jest w tym coś nienaturalnego
- Co masz na myśli? - spytała, marszcząc brwi.
- Pomyśl o tym. Halaster spędził dziesięciolecia, projektując ten loch, i włożył w niego całe swoje serce. Prawdopodobnie chce, aby jego dzieło było oglądane. Czy Halaster nie postanowił przypadkiem rzucić na to miejsce zaklęcia? Zaklęcia, które przyciąga poszukiwaczy przygód do Podgórza już samą nazwą tego miejsca?
Lya zasępiła się. To nie było niemożliwe, a już na pewno nie było poza zasięgiem czarodzieja tak potężnego i wiekowego, jak Halaster. A przy tym tak szalonego. Sama złapała się nad tym, że uważa Podgórze za najgorszy możliwy pomysł na wzbogacenie się i jednocześnie - myślała już kilka razy nad zobaczeniem go na własne oczy. Fakt, że zmusiły ją do tego obowiązki wcale nie oznaczał, że w końcu sama by się tu nie pojawiła.
- Nie przyszło mi to wcześniej do głowy - przyznała z trudem.
- Nie? Halaster jest arcymagiem. Skąd możemy wiedzieć, jak silna jest jego moc? Może już sama nazwa Podgórza służy jako przynęta dla wędrowców. Ci, którzy ją usłyszą, pragnę odwiedzić to miejsce. Pragnienie jest niewielkie, można mu się oprzeć... ale jest też uciążliwe. Myśl o Podgórzu tkwi w twojej głowie, aż w końcu pewnego dnia dajesz za wygraną.
Półork wzruszył ramionami.
- Nie wiem. To zupełnie tak, jakby Podgórze było w mojej głowie i nie dało się stamtąd wyrzucić. Może wszystko będzie dobrze, kiedy znajdziemy Halastera. Przynajmniej mam taką nadzieję.
To mówiąc uciął dyskusję, wskazując Lyi przejście.
- Chodź. Deekin pewnie się już niepokoi, a Sharwyn zaraz będzie wysnuwać zbyt daleko idące wnioski.
Nie mylił się. Deekin powitał Lyę okrzykiem "Szefiee! Deekin myślał, że szefowi coś się stało!", zaś Sharwyn puściła tylko niejednoznaczne oko i pogwizdując melodyjnie oddaliła się w kierunku najbliższej sali. Reszta drużyny szybko za nią podążyła i już byli na powrót w drodze.
Ich nie do końca zamierzony rajd na siedzibę Królowej sprawił, że centralna część opustoszała. Nie było już walczących z sobą patroli i wszędzie panowała dziwna cisza. Osłabione wróżki nie opuszczały południowego skrzydła, zaś ogrzy mag zapewne odczytywał to jako przygotowanie do potężnego ataku i nie wypuszczał swoich wojowników z siedziby. To sprawiło, że drużyna stała się bardziej pewna siebie i nie przemykała już pod ścianami, okryta bezpiecznie zaklęciem maskującym Lyi.
I to był ich błąd.
Trudno było powiedzieć, czy proste zaklęcie maskujące zdałoby się na cokolwiek przeciwko grupie drowów, zaprawionych w sztuce przekradania się zabójców, ale może dzięki ostrożności drużyna miałaby jakiekolwiek szanse na zauważenie patrolu przed sobą. Zostali jednak zaskoczeni i to na własne życzenie.
Nagle w korytarzu zapanował mrok. Nie chodziło o to, że ni stąd ni z owąd zgasły wszystkie lampy - wtedy przynajmniej byłoby widać oddalone, rozproszone światło z innych części labiryntu. Teraz było tak, jakby cała drużyna nagle oślepła. W stronę poszukiwaczy przygód poleciały pociski i Lya usłyszała tylko, jak Daelan syknął z bólu, trafiony bełtem z kuszy.
Zaklinaczka nie namyślała się długo. Sięgnęła ku mocy splotu, przywołując orzeźwiający wiatr, który łagodnie rozplótł związane zaklęciami pasma mocy, zdejmując z drużyny okalającą ich ciemność oraz część zaklęć ochronnych i maskujących, którymi okryte były drowy.
Sytuacja, która ukazała się ich oczom, nie była najciekawsza. Z przodu, w sali, do której prowadził korytarz, znajdowało się kilku drowów - trudno było powiedzieć, ilu, bo nie było widać całego pomieszczenia - część z nich ubrana była w bogate szaty, co mogło oznaczać, że władają magią. Z tyłu korytarza stało trzech kolejnych mrocznych elfów, którzy właśnie naciągali kusze...
Sharwyn była tą, która postanowiła ich powstrzymać, gdy półork pognał w bitewnym szale przed siebie. Rozchyliła pełne wargi, a z jej ust popłynął śpiew tak słodki i kuszący, że drowy na moment opuściły broń. Pieśń kobiety nie miała słów, jednak przekonywała, że walka jest zupełnie niepotrzebna i mogą jej uniknąć, jeśli tylko opuszczą broń... Tyle czasu wystarczyło Deekinowi, by wymierzyć i wystrzelić z własnej kuszy, kładąc trupem na miejscu jednego z drowów, oraz Lyi by przywołać tuż przed nimi żywiołaka wody. Śpiew Sharwyn gwałtownie się urwał, a z końca korytarza słychać było już tylko rozpaczliwe krzyki, gdy wodna istota rozprawiała się z wrogami.
Zaklinaczka wiedziała, że elfy nie mają szans z rozszalałym żywiołakiem, dlatego krzyknęła tylko "Za mną!" i pobiegła do komnaty, w ślad za Daelanem.
Półork zasiał straszliwe spustoszenie w szeregach wroga. Na jego drodze Lya zobaczyła tylko ciała trzech zabitych przeciwników, naznaczone śmiertelnymi ranami od topora. Jednak nawet Daelan nie mógł sobie poradzić, gdy był sam przeciwko całej gromadzie. Półelfka zobaczyła, jak wojownik z bolesnym rykiem cofa się w kierunku ściany, raz po raz atakowany kolejnymi zaklęciami. Nie czekając, zaklinaczka sama wzniosła dłonie do czaru. Wiedziała dobrze, że magowie na pewno rzucili na siebie zaklęcia ochronne mające pochłaniać wycelowaną w nich wrogą magię, dlatego postanowiła uderzyć w taki punkt, którego nie potrafili osłonić.
W jednej chwili na środku komnaty pojawił się mały, jasny punkcik, który wybuchł niczym nowe słońce. Lya sama zacisnęła mocno powieki, jednak światło było na tyle silne, że nawet, gdy wszystko już minęło i mogła je otworzyć, w polu widzenia wciąż latały ciemne mroczki.
Drowi magowie przeszli to znacznie gorzej. Nie spodziewali się takiego czaru i ich wrażliwe na każdy promień światła oczy zostały skutecznie porażone. Mimo zapewne przeszywającego bólu i oślepienia, nadal byli w stanie rzucać zaklęcia i Lya mogłaby nie przeżyć ich kontrataku, gdyby nie jej własne zaklęcia ochronne. Złota klatka na powrót zmaterializowała się wokół niej, pochłaniając wymierzoną w nią kulę ognia.
Sharwyn i Deekin następowali półelfce na pięty, zaraz za nimi dołączył też żywiołak wody. Magowie nie mieli szans - oślepieni, zasypywani gradem strzał i zaklęć, zostali wkrótce uciszeni na wieki. Lya odetchnęła z ulgą, ale jej brwi ponownie się ściągnęły, gdy spojrzała na Daelana. Półork stał oparty ciężko o swój podwójny topór, a z jego licznych ran i oparzeń ciekła ciemna krew.
- Daliśmy im popalić - mruknął z kpiącym uśmiechem, a potem przymknął oczy i runął na ziemię.
Sharwyn krzyknęła tylko i podbiegła do towarzysza, Lya podążyła zaraz za nią. Kobiety przyklęknęły przy wojowniku, zaklinaczka zaczęła gorączkowo grzebać w torbie, szukając mikstur leczniczych lub czegokolwiek innego, co mogłoby pomóc Daelanowi. Kamień Ioun, który podarowała mu w sali luster lśnił perłowym światłem, jednak jego moc była za mała, by zasklepić wszystkie rany. Półork bladł z każdą chwilą.
- Daelanie! - zawołała Sharwyn, ostrożnie potrząsając jego ramieniem i lekko poklepując po policzku. - Tylko nie zasypiaj, proszę...
Zaklinaczka w końcu znalazła to, czego szukała. Niewielka, okrągła buteleczka, wypełniona jasnozielonym płynem i zatkana korkiem z jasnego drewna.
- Sharwyn... - zaczęła powoli i przygryzła wargi, gdy kobieta na nią spojrzała. - Pomóż mi go podnieść - powiedziała w końcu. To był ich ostatni eliksir leczniczy i na dodatek był zbyt słaby, by poradzić sobie z ciężkimi obrażeniami Daelana, jednak półelfka nie miała serca powiedzieć tego kobiecie.
Rudowłosa skinęła tylko głową i ostrożnie uniosła Daelana, by Lya mogła podać mu płyn.
Efekt był niemalże natychmiastowy - wojownik odetchnął głębiej i spojrzał niemalże przytomnie na kobiety. Nawet jego twarz odzyskała nieco kolorów, jednak była to tylko chwilowa poprawa. Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, a potem znów zaczął osuwać się w niebyt.
- Bogowie, nie! - Sharwyn zacisnęła pięści na napierśniku półorka. - Masz nie umierać! - Potem przeniosła wzrok na Lyę i zawołała błagalnie. - Zrób coś!
Nie, Daelan nie mógł teraz umrzeć. Berło nie działało dwa razy na tę samą istotę i Lya nie zamierzała stracić na zawsze dopiero co odzyskanego towarzysza. Zaklinaczka przegarnęła dłonią włosy, gorączkowo zastanawiając się, co mogła by zrobić. Najlepiej byłoby zanieść Daelana do Białej Thesty - kapłanki Ilmatera stacjonującej Pod Ziejącą Czeluścią, ale nie było szans, by doniosły tam Daelana na czas, zaś rozdzielanie drużyny było zbyt niebezpieczne. Lya żałowała, że nie ma z nimi Linu - dla niej uzdrowienie najcięższych ran było kwestią tylko krótkiej litanii do Sehanine Księżycowy Łuk, jej elfiej bogini... Mimo to zaklinaczka nie zamierzała się poddawać.
- Zostań z nim - powiedziała wstając. Przecież drowy mogły mieć z sobą jakieś eliksiry lecznicze, regenerujące pierścienie, zwoje i różdżki - cokolwiek, co mogłoby pomóc. Jeśli istniał choć cień szansy...
Lya błyskawicznie znalazła się przy jednym z magów. Deekin już jakiś czas temu wpadł na ten sam pomysł, co ona, jednak przeszukiwanie ciał wojowników na razie nie przyniosło żadnych rezultatów. Może więc czarodzieje coś mieli? Zaklinaczka szybko rozpostarła miękkie, gruby płaszcz, którym był okryty pierwszy z magów - maskujące piwafwi - i wysypała na nie zawartość jego torby. Tak, były tam zwoje i sporo eliksirów, ale żadnego leczniczego. Bandolier? Tylko pusta buteleczka - mag musiał go wypić w trakcie walki. Lya zacisnęła wargi w bezsilnej wściekłości i przeszła do drugiego maga. Wciąż tylko nic i nic. Deekin przeszukał nawet wojowników z końca korytarza - ich ekwipunki zawierały trochę przydatnych materiałów, ale nic, co pomogłoby Daelanowi. Żywiołak tylko kręcił się bezsilnie po sali - zdenerwowanie Lyi udzielało mu się przez ich telepatyczną więź. Wyglądało na to, że był to koniec uthgardzkiego wojownika...
[Wiem, pozwoliłam sobie zmienić trochę zasady D&D odnośnie berła, ale wydawały mi się one mało realistyczne. W grze miało ono dwadzieścia ładunków i można było nim wskrzeszać kogokolwiek się chciało. Może się wydawać, że "mało realistyczne" to dziwny zarzut w odniesieniu do opowiadania fantasy, ale chciałam uniknąć dziwnych sytuacji. Towarzysz, którego znasz od kilku lat właśnie zginął w makabryczny sposób? Oj tam, oj tam, zaraz go wskrzesimy...]
Rozdział 1.11 - Królowa wróżek
Wbrew obawom Sharwyn, żołądek smoka nie był miejscem docelowym portalu. Pojawili się niemal od razu w jakiejś opuszczonej sali - odległość teleportacji była niewielka, dlatego podróż obyła się bez odczuwalnych efektów w rodzaju mdłości czy gwałtownych szarpnięć, albo rozmytych barw. Ot, głuche pyknięcie i już byli na miejscu.
Na pierwszy rzut oka było widać, że znajdują się w innej części Podgórza. Ściany miały delikatny, niebieskawy kolor - ostatni, jaki można było spotkać w poprzedniej części, w której dominowała czerwień. Wiszące tu i tam magiczne lampy miały nawet łagodniejsze, bardziej subtelne zdobienia. Jednak inna różnica była znacznie lepszym dowodem na to, że drużyna znalazła się poza główną częścią - rośliny. Choć wydawało się to nieprawdopodobne, tu i tam po ścianach piął się bluszcz, w oddali było też słychać śpiew ptaków.
Daelan mocniej chwycił swój podwójny topór i zmarszczył brwi.
- Nie podoba mi się tutaj - mruknął, spinając się w sobie. - To wszystko jest... nienaturalne.
Jego słowa nie zdążyły wybrzmieć, gdy przez uchylone drzwi wleciała nagle pojedyncza wróżka. Zawisła w powietrzu, zaskoczona obecnością poszukiwaczy przygód, a potem krzyknęła swym piskliwym głosem:
- Intruzi!!!
Pozorny spokój miejsca zniknął w jednej chwili. W komnacie zawrzało - praktycznie znikąd pojawiły się całe zastępy małych, złośliwych grigów, gotowe stawić czoła drużynie. Jedne były uzbrojone w maleńkie proce, inne w dmuchawki, a te, które nie miały broni, zaczynały już rzucać zaklęcia.
Daelan pierwszy ruszył do boju. Z potwornym rykiem zakręcił nad głową swym monstrualnym, podwójnym toporem i rzucił się w największą chmarę wróżek, rozdając szerokie cięcia na prawo i lewo.
- Daelanie, płazem! - krzyknęła Sharwyn, osłaniając twarz przed gradem maleńkich, igłowatych strzał. Wróżki z łatwością unikały ostrza, ale cios płazem byłby dla nich równie zabójczy, a dawałby większe szanse na trafienie. Półork tylko zmienił uchwyt na toporze wprawnym skrętem nadgarstka i po chwili na ziemię spadła cała garść grigów.
Deekin początkowo instynktownie sięgnął po kuszę, ale zaraz ją odłożył. Ustrzelenie wróżki z kuszy byłoby równie trudne, jak zabicie z niej brzęczącej muchy, dlatego kobold postanowił skupić się na rzucających zaklęcia grigach. Wyciągnął lutnię, brzdęknął kilka razy w struny, a potem z jego gardła wydobył się tak okropny i skrzeczący głos, jaki trudno było sobie wyobrazić. Lya zobaczyła, jak Splot wokół barda zaczyna dziko falować, delikatne pasma energii wzburzyły się jak spłoszone zwierzęta, wyrywając się z rąk wróżkowych magów i rozpraszając po komnacie. Zaklinaczka cofnęła się kilka kroków pod ścianę, by być poza zasięgiem zaburzeń i sama sięgnęła po magię. Kątem oka zobaczyła tylko, jak Sharwyn podrywa się do walki, obracając swym podwójnym mieczem tak szybko, że rozmył się w srebrzysty, śmiercionośny dysk. A potem w środku komnaty zmaterializowała się energetyczna kula, która wybuchła wysokim, pulsującym dźwiękiem. Był tak głośny, że zapierał dech w piersiach. Daelan na moment stracił rytm, gdy dosięgła go fala dźwięku, jednak największe spustoszenie uczyniła ona wśród grigów.
Wyglądało to tak, jakby ktoś zmiótł wszystkie wróżki na raz jakąś ogromną, niewidzialną miotłą. W jednej chwili szpikowały drużynę swymi strzałami, a w następnej leżały półprzytomne pod ścianami z połamanymi skrzydełkami, niezdolne nawet do ucieczki.
Daelan opuścił topór, a potem bezceremonialnie włożył palec do ucha i zaczął dłubać.
- Chyba się trochę zatkało - powiedział, a potem wyszczerzył kły. - Ale zaklęcie pierwsza klasa.
Lya podziękowała mu skinieniem głowy, a potem wskazała na drzwi, z których wypadł zastęp wróżek - jedyne w tej komnacie.
- Chodźmy dalej, zanim się pozbierają - powiedziała, a potem drużyna już była w drodze.
Nie uszli zbyt daleko, by nie natrafić na kolejny patrol wróżek. Te nie wyglądały już na zaskoczone obecnością intruzów i błyskawiczne ruszyły do natarcia. Zamiast zasypywać poszukiwaczy przygód mało groźnymi strzałami, korzystały z magii by przywołać na pomoc dzikie zwierzęta. Korytarz, w którym doszło do spotkania, bardzo szybko stał sie zatłoczony i zupełnie nie do przebycia, gdy na drużynę wyskoczyła banda złożona z wilków, niedźwiedzia, dwóch borsuków i kilku jastrzębi. Daelan zajął miejsce jako pierwszy, starając sie samą swoja masą nie dopuścić do tego, by bestie zagroziły bardom i Lyi. Jego topór zakreślał w powietrzu łuki i koła, raniąc i płosząc zwierzęta. Lya zebrała w sobie magiczną energię, a następnie z jej palców wystrzeliła kula płomienistej energii, która przeleciała tuż nad ramieniem Daelana i wybuchła językami ognia wśród wróżek. Część przywołanych zwierząt zniknęła w srebrzystej mgle, gdy wzywający ich czarodzieje stracili koncentrację.
Mimo starań grigów, drużyna niestrudzenie parła naprzód, zostawiając za sobą liczne nieprzytomne lub ciężko ranne wróżki. W końcu dotarli do rozległej komnaty, otulonej grubą warstwą bluszczu, o ścianach porośniętych mchem i kwiatami. Na środku biło niewielkie źródełko krystalicznie czystej wody, nad którym stała kobieta o nieprzeciętnej urodzie. Smukłe ciało o delikatnej, niebieskawej skórze otulone było lejącą się suknią z cienkiego jak pajęczyna jedwabiu. Srebrzyste włosy upięła w wytworny i jednocześnie naturalny kok. Otaczała ją chmara bogato ubranych i lepiej uzbrojonych wróżek, niż te, które wcześniej spotykali. Wszystkie wyglądały na przygotowane na nadejście intruzów i gdy tylko poszukiwacze przygód przekroczyli próg komnaty, rzuciły się do walki z okrzykiem "Za Królową!".
- Dość! - krzyknęła nagle kobieta, a wróżki zamarły. - Dosyć zabijania! Pozwólcie mi się poddać, błagam! - Ostatnie zdanie skierowała do drużyny.
- Poddała się.. zaczniemy negocjacje? - spytała Sharwyn, nieznacznie opuszczając swój miecz - tylko na tyle, by w każdej chwili móc go na powrót poderwać do walki. Z grigami nigdy nie można było być pewnym, czy ich działania to nie jest kolejny podstęp.
Kobieta próbowała się wycofać za jeziorko, najwyraźniej obawiając się, że Lya zechce dokończyć to, co zaczęła.
- Cóż za żałosny koniec - wymamrotała do siebie załamana, a potem spojrzała na Lyę w nagłym gniewie. - Powiedz mi... ile kosztuje pozyskanie usług kogoś tak potężnego, jak ty? Co takiego obiecał ci ten niedołężny ogr?
- O czym ty mówisz? - spytała Lya, marszcząc ciemne brwi.
- Nie wiesz? - Jej niedowierzające spojrzenie szybko stało się podejrzliwe. - A może próbujesz mnie zwieść? Zostałam już pokonana... nie musisz prowadzić ze mną gierek.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
Królowa wróżek westchnęła teatralnie.
- Jesteś tu zatem przypadkiem. Kolejna żądna przygód dusza przemierzająca lochy Halastera. Mój los jest zatem przesądzony, a ogr może cieszyć się ze zwycięstwa. Cóż, to wielce niefortunne. Czyń, co chcesz. Powitam śmierć z radością.
Zaklinaczka pokręciła głową. Coś takiego zdecydowanie nie było w jej stylu, ani na pewno żaden z członków drużyny by tego nie pochwalił.
- Powiedz mi coś o tym ogrze, o którym ciągle wspominasz - powiedziała, chcąc skonfrontować jej słowa z tym, co usłyszała od Grovela - goblina, którego spotkała przy wejściu do Podgórza.
- To ogrzy mag, brutalny przygłup, który sądzi, że należy mu się władza nad tym poziomem. Teraz to nie ma już oczywiście znaczenia. Pozbawiłaś mnie wszystkiego, nawet jeśli darujesz mi życie - westchnęła ze smutkiem, ogarniając gestem pozostałe jej wróżki.
- To czemu nas zaatakowałaś? - spytał gniewnie Daelan, zaplatając ramiona na piersi.
- Sądziłam, że jesteście emisariuszami ogrzego maga... lub kimś takim. W Podgórzu nikt nikomu nie ufa, a już szczególnie obcym - Ponownie westchnęła. - Gdy szalony Halaster rządził Podgórzem, utrzymywał wszystko w dziwnej równowadze. Stworzenia pojawiały się i znikały, góra potrafiła zmienić się w mgnieniu oka... ale żadne z nas nie było w stanie zrobić niczego... niekontrolowanego. Podgórze przestało się zmieniać i nastał chaos. Gdy przybyły drowy, zrobiło się jeszcze gorzej...
- Drowy...? - podchwyciła Lya chcąc, by Królowa powiedziała jej coś na ten temat. Jak na razie mieli to szczęście, że nie natknęli się na żadną grupę mrocznych elfów, ale zaklinaczka wiedziała, że to tylko kwestia czasu.
- Przychodzą w małych grupach, polując na wszystko, na co się da. Chyba przybywają z niższych poziomów Podgórza... ale nigdy wcześniej ich nie widziałam - Spuściła wzrok i wzruszyła ramionami. - Może ma to coś wspólnego ze zniknięciem szalonego maga. Trudno mi powiedzieć coś więcej.
- Jak można dostać się na niższe poziomy Podgórza?
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Kiedyś były schody prowadzące w dół, ale czarodziej gdzieś je przeniósł, jak zwykle z resztą. Na tym obszarze jest kilka portali teleportacyjnych, ale żaden z nich nie prowadzi w dół - po prostu przenoszą cię w różne miejsca na tym poziomie. Nie wiem nawet, czy jeszcze działają, skoro nie ma Halastera...
- Zastanawiam się, co teraz z tobą zrobić.
Wróżka spojrzała na Lyę z desperacją w oczach.
- Na pewno możemy dojść do jakiegoś porozumienia, jeżeli zdecydujesz się mnie oszczędzić.
Lya już miała otworzyć usta i powiedzieć, że niczego od niej nie chce, gdy nagle Deekin pociągnął ją lekko za skraj tuniki.
- Ej, szefie. Popatrz tam - I wskazał łapą dno sadzawki. Ku zdumieniu Lyi, świeciło się tam coś zielonego... kolejny pręt!
- Odejdziemy, zostawiając was w spokoju, w zamian za ten zielony pręt z dna sadzawki.
Królowa wróżek spojrzała na nią ze szczerym zdziwieniem. Chyba wydawało jej się, że miał to być żart - w jej oczach przedmiot musiał być zupełnie bezwartościowy. Nie miała pojęcia, że może być częścią mechanizmu otwierającego pomost do dalszej części Podgórza.
- Skoro tego sobie życzysz - powiedziała ostrożnie, a następnie zebrała zwiewną suknię, klęknęła przy brzegu sadzawki i własnymi rękoma wyjęła tkwiący między kamieniami pręt, a następnie podała go Lyi. - Oto przedmiot, którego sobie życzyłaś. Teraz proszę, zostaw nas w spokoju - To mówiąc wskazała portal lśniący złocistym światłem w jednej z niewielkich naw. - Ten teleport zaprowadzi was wprost do głównej części tego poziomu
Lya skłoniła się lekko Królowej.
- Dziękuję, Pani. Nie będziemy cię już więcej niepokoić.
- Nie, to ja dziękuję, że pozwoliłaś mi zachować życie - powiedziała nieco zbolałym tonem. - Moje wróżki już was więcej nie zaatakują.
Bez dalszej zwłoki drużyna wkroczyła we wskazany portal i w mgnieniu oka pojawiła się tam, gdzie wróżka mówiła, czyli w korytarzu głównej części poziomu. Zaklinaczka popatrzyła na wciąż ociekający wodą z sadzawki zielony pręt i uśmiechnęła się lekko.
- Czy wy też macie wrażenie, że powinniśmy złożyć wizytę ogrzemu magowi?
[Jednak wyszło na to, że zaczniemy od królowej wróżek, chociaż osobiście zawsze najpierw pakuję się do ogra. Mimo, że jest trudniejszy. Inaczej walczy się z bandą ogrów i trolli, a inaczej z grigami, które spokojnie można potraktować wyładowaniem łańcuchowym... No nieważne. Rozdział na szczęście udało mi się dodać bez opóźnień. Mimo, że napisałam dwa do przodu, to mam remont w domu (rodzice chcą skończyć przed rozpoczęciem roku akademickiego) i różnie to bywa z moim dostępem do komputera. Jak tylko to się skończy, to może będę publikować trochę częściej, kto wie? Mam nadzieję, że mi pary i weny na to starczy. Co Wy na taki pomysł?]
[Jednak wyszło na to, że zaczniemy od królowej wróżek, chociaż osobiście zawsze najpierw pakuję się do ogra. Mimo, że jest trudniejszy. Inaczej walczy się z bandą ogrów i trolli, a inaczej z grigami, które spokojnie można potraktować wyładowaniem łańcuchowym... No nieważne. Rozdział na szczęście udało mi się dodać bez opóźnień. Mimo, że napisałam dwa do przodu, to mam remont w domu (rodzice chcą skończyć przed rozpoczęciem roku akademickiego) i różnie to bywa z moim dostępem do komputera. Jak tylko to się skończy, to może będę publikować trochę częściej, kto wie? Mam nadzieję, że mi pary i weny na to starczy. Co Wy na taki pomysł?]
Rozdział 1.10 - Decyzja
- O bogowie, nie... - wyjąkała Sharwyn, wpatrując się w jedno z niesprawdzonych luster i cofając się od niego z przestrachem. - Lya, ja nie chciałam, naprawdę... Tak bardzo cię przepraszam.
W tym momencie półelfka zobaczyła, jak z gładkiej tafli lustra wychodzą czyjeś ręce, a następnie zapierają się o bogato zdobioną ramę. Potem pojawiła się głowa, ramiona i smukła stopa, którą postać ostrożnie postawiła na podłodze. Nikt nie potrafił oderwać wzroku od dziwnego zjawiska, gdy oto z lustra na przeciwko Sharwyn wyszła... Sharwyn. Były identyczne pod każdym względem. Te same gęste, mahoniowe włosy opadały na smukłe ramiona, nosy o tym samym kształcie... Tylko w oczach ożywionego odbicia było coś dziwnie obcego i z gruntu niegodziwego. Lya nie potrafiła zrozumieć, jak to możliwe, że obie kobiety mogą tak się od siebie różnić, jednocześnie będąc do siebie podobne jak dwie krople wody.
Zaskoczenie podziałało na niekorzyść drużyny. Zbyt wstrząśnięci przedziwnym widokiem, nie potrafili zareagować, zaś istota z lustra bezlitośnie wykorzystała ich chwilową słabość, wyprowadzając atak. Błysnęło i prawdziwa Sharwyn z okrzykiem bólu osunęła się na ziemię, chwytając za pierś. Spomiędzy jej zaciśniętych palców buchnął strumień krwi wypływające z rany zadanej podwójnym mieczem.
Pierwszy ocknął się Daelan. Z rykiem zakręcił nad głową ciężkim toporem i rzucił się w kierunku ożywionego odbicia. Istota była jednak równie zręczna, co jej wzorzec i z łatwością uchyliła się przed szerokim cięciem. Na podłogę spadł jedynie kosmyk mahoniowych włosów, gdy tanecznym krokiem odsunęła się poza zasięg broni, zmuszając półorka do ciągłego przemieszczania się i gonienia jej po sali. Lya rzuciła Deekinowi swoją torbę.
- Pomóż Sharwyn - krzyknęła i nie patrząc, czy kobold wykonuje jej polecenie, ani nawet czy złapał torbę, przygotowała się do walki. Ufała Deekinowi i wiedziała dobrze, że potrafi o siebie zadbać.
Lya skupiła swoje myśli na mocy Splotu, która otaczała ją i wszystko wokół, a następnie sięgnęła do energetycznym pasm, wiążąc z nich zaklęcie. Wbiła wzrok w odbicie Sharwyn, a następnie posłała w jej stronę całą garść drobnych, magicznych pocisków - powodowały bardziej skaleczenia, niż poważne rany, ale było ich naprawdę dużo. I to była ich siła. Błyszczące kule zawirowały w powietrzu, a potem po łukowatych torach pomknęły w stronę postaci, skręcając i zawracając, gdy starała się ich unikać, a potem bezbłędnie uderzając. Istota krzyknęła głucho, potknęła się i upadła. Na to tylko czekał Daelan. Nie czekając, wzniósł topór do ostatecznego, morderczego ciosu i już by go opuścił, gdyby kobieta nie zaczęła śpiewać.
Jej miękki głos miał w sobie tyle ciepła i łagodności, był jak cudowne światło w najgłębszych mrokach Podgórza. Opowiadał o przyjaźni i pokoju, wzbudzał w sercu tak wielką litość, że...
- Nie, nie dam rady - powiedział słabym głosem Daelan, opuszczając topór. - Przecież to Sharwyn, ona nic by nam nie zrobiła.
Na to tylko czekała istota. Wystarczyła chwila nieuwagi półorka, by precyzyjnym kopniakiem między nogi posłała go na kolana, poderwała się z ziemi i zamachnęła mieczem.
Jej cios zapewne zdjąłby głowę z ramion Daelana, gdyby nie strzała prawdziwej Sharwyn. Ocucona eliksirem leczniczym przez Deekina, posłała śmiercionośny pocisk, który wbił się w cienki pancerz istoty, a następnie w ciało. Odbicie krzyknęło głucho, zataczając się do tyłu, a następnie runęło bez życia, trafione błyskawicą Lyi. Chwila, i w miejscu, gdzie spoczęło, została tylko strzała.
Daelan podniósł się ciężko i potrząsnął głową.
- Przepraszam. Ja... nie wiem, czemu się zawahałem - przyznał z trudem. - Ta pieśń była taka sugestywna. Nie wiedziałem, że potrafisz aż tak pięknie śpiewać, Sharwyn.
Kobieta tylko uśmiechnęła się słabo.
- Gdyby to nad twoją głową wisiał topór, wyśpiewałbyś wszystko.
Nie niepokojona dalej drużyna ruszyła ponownie w mroki Podgórza.
Sharwyn wciąż nienajlepiej się czuła po cięciu mieczem, dlatego Lya postanowiła, że udadzą się do którejś z tajemnych komnat by opatrzyć dokładniej jej ranę. Przy okazji miała nadzieję przedyskutować na nowo taktykę, skoro dołączył do nich Daelan, i dalszy plan działania. Mieli co prawda dwa kryształowe pręty, ale na tym poziomie obeszli już praktycznie każdy zakamarek (a przynajmniej miała takie wrażenie) i zastanawiała się, czy nie byłoby dobrym pomysłem, by zacząć korzystać również z rozsianych tu i tam portali. Na razie unikali tego, niepewni dokąd taki transporter może ich zabrać, ale wiele wskazywało na to, że kurczowe trzymanie się znajomego wybrzeża nie było dobrym rozwiązaniem. Może czas już wypłynąć na głębokie wody?
Gdy już dotarli na miejsce, Sharwyn usiadła ciężko na ziemi. Rana musiała doskwierać jej znacznie bardziej, niż dawała znać. Kobieta przywołała gestem zaklinaczkę, a potem ofuknęła mężczyzn, by poszli siedzieć w drugim kącie. Nie było to daleko, mimo to Sharwyn nalegała.
- Rana jest na piersi. Na pewno sobie nie popatrzycie - prychała, gdy Daelan mruczał coś o przewrażliwieniu kobiet.
Lya wyciągnęła z torby podręczny zestaw leczniczy. Składały się na niego bandaże, kompresy, podstawowe narzędzia chirurgiczne, pęczek nici i środki przeciwbólowe. Zestaw pochodził z zaopatrzenia karczmy Durnana, dlatego zaklinaczka miała pełne zaufanie zarówno do mocy leków, jak i czystości narzędzi. Nie była pełnoprawnym uzdrowicielem, ale jak większość poszukiwaczy przygód, potrafiła opatrzyć większość ran.
Półelfka ostrożnie pomogła Sharwyn zdjąć kamizelkę, a następnie odlepiła nasiąkniętą krwią koszulę od ciała. Kobieta nic nie powiedziała, gdy od jej ciała odrywały się płaty zakrzepłej krwi. Eliksir, który wcześniej podał jej Deekin również zawierał środki przeciwbólowe.
Lya ostrożnie oczyściła ranę i obejrzała ją uważnie. Było to gładkie i głębokie cięcie, przebiegające od lewego ramienia, pomiędzy piersiami, aż do dolnych żeber. Tkanka była w dużej mierze zasklepiona dzięki eliksirowi, dlatego szwy nie były konieczne, ale zaklinaczka doszła do wniosku, że zabezpieczenie rany bandażem będzie dobrym pomysłem. Przyłożyła do rany czysty opatrunek, a następnie przy pomocy szerokiego bandaża zaczęła oplatać pierś Sharwyn.
- Mówiłaś, że pochodzisz z Neverwinter, prawda? - zaczęła Lya, by przerwać czymkolwiek ciszę panującą w komnacie.
- Tak, urodziłam się w Neverwinter, chociaż większość życia spędziłam poza jego granicami. Wróciłam, żeby pomóc uwolnić miasto od zarazy - Na twarzy Sharwyn pojawił się wyraz zamyślenia. - No i chciałam tam pomieszkać przez jakiś czas.
- Pomogłaś uratować miasto?
Uśmiech kobiety nie sięgał oczu.
- W taki sam sposób, jak pomagam teraz tobie. Kiedy nie śpiewałam, rzucałam czary i walczyłam. Towarzyszyłam Aribeth de Tylmarande. - Sposępniała. - Słyszałaś o niej?
- Tak
Sharwyn pokiwała głową i westchnęła.
- Nie winię jej za to, co uczyniła. Nie za wszystko. To naprawdę smutna opowieść... zwłaszcza jej zakończenie.
- A jakie było zakończenie?
- Umarła. Czy to nie tak właśnie kończą się wszystkie opowieści? - spytała z przekąsem. Lya zagryzła lekko wargi.
- Znałaś Bohatera Neverwinter?
- Znałam. Niektórzy pomniejszają jego rolę w uratowaniu Neverwinter, ale ja brałam udział w tych wydarzeniach i wiem, że bez Bohatera Neverwinter nigdy byśmy nie odnieśli zwycięstwa.
- Co się z nim stało?
Sharwyn wzruszyła ramionami na tyle, na ile pozwalały jej zabiegi Lyi. Widać było, że ten temat sprawiał jej przykrość.
- Opuścił Neverwinter krótko po pokonaniu zarazy i śmierci Aribeth. O ile dobrze pamiętam, to chyba z powodu jakiejś sprzeczki z Lordem Nasherem
- Nie zabawiłaś długo w Neverwinter?
Kobieta ciężko westchnęła.
- Mieszkałam tam przez pewien czas. Lord Nasher nalegał, żeby ci, którzy walczyli z zarazą, po jej pokonaniu pomogli odbudować straż miejską. Byliśmy bohaterami i podobało nam się to, że jesteśmy sławni. Zawsze chciałam zdobyć sławę, więc pławiłam się w jej blasku. Ale... to nie trwało długo.
- Dlaczego? Coś się stało?
- Mężczyzna, w którym się zakochałam, opuścił miasto. Wiem, że to nie świadczy dobrze o sile mojego charakteru... ale bez ukochanego czułam się bardzo samotna w Neverwinter. Znowu zaczęłam marzyć o życiu poszukiwacza przygód. To dlatego przybyłam do Waterdeep, kiedy usłyszałam o wezwaniu. Wtedy też spotkałam ciebie. - Posłała Lyi ciepły uśmiech.
- Też to wszystko widziałem - wtrącił się nagle Daelan, wciąż pokornie siedząc odwrócony twarzą do ściany, jak domagała się Sharwyn.
- Skoro pochodzisz z Neverwinter, to nic dziwnego - podjęła Lya, zaś półork potrząsnął tylko głową.
- Nie pochodzę z Neverwinter, ale byłem tam podczas Wyjącej Śmierci, plagi, która ogarnęła całe miasto. Podróżowałem z Bohaterem Neverwinter i odegrałem nawet pewną rolę w uwolnieniu miasta od panoszącego się tam zła.
- Deekin pamięta opowieści o tobie. Jesteś znaną osobą!
- Naprawdę? - spytał Daelan, popatrując z zaciekawieniem na kobolda, a w jego głosie brzmiało szczere zdziwienie. - To dziwne. Prawdę mówiąc, odegrałem jedynie epizodyczną rolę w ratowaniu miasta. Niewiele osób wie, kim jestem. Lord Nasher, władca miasta, hojnie wynagrodził moje wysiłki. Jednak mimo mojego bogactwa nie potrafiłem odnaleźć spokoju w Neverwinter
- Dlaczego? - spytała Lya. Neverwinter zawsze wydawało jej się miastem na tyle wielorasowym, by nawet półork był w stanie w spokoju w nim mieszkać. Szczególnie, że Daelan był bardziej, niż daleki od zachowań stereotypowego półorka.
- Może z powodu mojego dziedzictwa. Wiele plemion ludu Uthgardu przyłączyło się do ataku na Neverwinter. Ludzie patrzyli na mnie podejrzliwie lub wręcz z nienawiścią. Fakt, że jestem półorkiem, tylko pogarszał sprawę. Jest coś jeszcze. - Zamilkł na chwilę. - Wydaje mi się, że z Neverwinter stało się coś niedobrego. To miasto, które zniszczyło własną tożsamość, miasto zdradzone, które obróciło sie przeciw sobie.
- Chodzi ci o Lady Aribeth, prawda? - Zaklinaczka chyba już domyślała się odpowiedzi.
- Tak - o nią i jej kochanka Fenthicka. Został stracony przez Lorda Nashera, ponieważ lud domagał się krwi. Jego jedyna zbrodnia polegała na tym, ze pozwolił, aby zaślepiła go desperacka chęć niesienia pomocy miastu. Śmierć Fenthicka popchnęła Aribeth do zdrady: miasto odwróciło się od osoby, którą kochała, a ona odwdzięczyła się pięknym za nadobne. Aribeth reprezentowała wszystko, co dobre w Neverwinter. Kiedy odeszła, miasto straciło cząstkę swojej tożsamości. Nadal istnieje, ale niektóre rany goją się bardzo powoli. Może właśnie dlatego nie mogłem tam pozostać - bardziej stwierdził, niż zapytał.
- Gdzie się udałeś po tym wszystkim?
- Powróciłem do domu, krainy plemienia Czerwonego Tygrysa i ludu Uthgardu - Barbarzyńca westchnął. - Ale to historia na inny czas.
Lya zawiązała bandaż, a potem rzuciła zaklęcie naprawy na rozdarte ubranie Sharwyn. Ta cicho podziękowała i zaczęła się na powrót ubierać. Zapadła cisza, po której nieśmiało odezwał się Deekin
- Deekinowi też nie było dobrze w mieście ludzi - powiedział cicho.
Lya zwróciła na niego spojrzenie. Właściwie to nie rozmawiała zbyt dużo z koboldem o tym, co wcześniej robił. Ich początkowa rozmowa była bardziej, niż pobieżna, a potem było już tylko zadanie do wykonania. Czuła z tego powodu lekkie wyrzuty sumienia.
- Co robiłeś po tym, jak się rozstaliśmy?
- Deekin najpierw poszedł do Waterdeep, a potem opublikował książkę. To dzięki temu Deekin dostał trochę pieniędzy i mógł podróżować... chociaż Deekin daleko nie zaszedł - dokończył smutno.
- O jakiej sumie mówimy?
- Och, o niewielkiej. To były jakieś dwa czy trzy tysiące sztuk złota.
- Całkiem nieźle - przyznała z uznaniem Sharwyn.
Deekin wzruszył ramionami bez przekonania.
- To wydawca zapłacił tyle Deekinowi. Deekin nie wiedział, że mógł dostać więcej. Chociaż nie na długo tego starczyło w Waterdeep. Wielu ludzi chciało zabrać pieniądze Deekina. Bolało, zanim Deekin nauczył się je rozsądnie wydawać. Deekin przepłacał za wszystko, zanim zauważył, ze go oszukują. Deekin starał się protestować, ale nikt go nie słuchał, bo jest tylko małym koboldem.
- Chyba nie było ci łatwo, mały - mruknął Daelan swym tubalnym głosem.
- Deekin starał się bronić, ale nie mógł walczyć ani używać czarów. Ludzie mogli przecież pomyśleć, że Deekin jest złym koboldem... zaatakowaliby go, a może nawet zabili. Nawet straż miejska nie pomogła Deekinowi. Deekin próbował z nimi rozmawiać, ale tylko go gonili i chcieli zabić... Deekin uszedł z życiem, ale niewiele brakowało... Koboldy nie są tu popularne. Stary Mistrz mówił, że bard musi być czarującym dyplomatą. No i Deekin nie jest dobrym bardem. Deekin stracił wszystkie pieniądze. Deekin gra w zapyziałych karczmach, gdzie nikt go nie słucha. I nikt nie sądzi, że Deekin jest czarujący.
- Sądzę, że jesteś wystarczająco czarujący, Deekinie - powiedziała Lya, uśmiechem starając się dodać mu otuchy.
- To miłe z twojej strony, szefie. Ale Deekin wie, że niewiele jest takich osób, jak ty. Deekin nie zna się na cywilizowanym życiu, ale Deekin nie jest głupi. Deekin wie, dlaczego ludzie tak myślą o koboldach... i mają rację. Koboldy są złe i okropne. Ale przecież Deekin mógłby myśleć, że wszyscy ludzie są źli i okropni... tak jak ludzie myślą, że wszystkie koboldy są złe i okropne. Muszą być gdzieś ludzie tacy jak ty. Deekin musi ich tylko znaleźć. Deekin im udowodni, że jest prawdziwym bardem. - Z każdym zdaniem kobold mówił coraz głośniej i zaciskał łuskowate dłonie w pięści. - Kiedyś wszyscy usłyszą o Deekinie!
- Wierzę w ciebie, Deekinie.
Deekin wyglądał na bardzo zdziwionego, a potem rozpromienił się. Gdzieś zniknął jego bojowy nastrój, zastąpiony przez właściwą mu skromność.
- Dzięki, szefie! To bardzo wiele znaczy dla małego Deekina.
Sharwyn w końcu doprowadziła się do porządku i drużyna mogła zacząć dyskusję. Lya wzięła notatnik Deekina i wskazała ręką na narysowaną przez kobolda mapę.
- Spójrzcie. Obeszliśmy praktycznie każdy zaułek tutaj, a mamy tylko dwa pręty z pięciu. Boję się, że nieużywanie portali sprawia, że coś tracimy. Może są tutaj pomieszczenia, do których można się dostać jedynie za ich pomocą?
- No nie wiem, Lya. Halaster jest bardzo dumny z tych teleportów. Ale... nie używajmy ich zbyt często, dobrze? Nie chciałabym się przenieść do żołądka smoka.
Daelan zmarszczył brwi i skrzyżował mocarne ramiona na piersi.
- Waterdeep na nas liczy, nie możemy się przecież ugiąć. Ale ginąć też nie zamierzam.
- Z szefem nie zginiemy, prawda, szefie? - powiedział Deekin, patrząc w twarz zaklinaczki. - Szef zawsze wychodzi cało z różnych tarapatów, i z żołądka smoka też by wyszedł.
Półork parsknął śmiechem, po chwili dołączyła też Sharwyn.
- Twój przyjaciel jest odważniejszy, niż by się mogło wydawać - powiedział, skinąwszy głową z aprobatą. - Chodźmy w takim razie. Skoro on ci ufa, ja też będę.
- W takim razie postanowione - podsumowała Lya. - Najbliższy portal jest praktycznie przed wejściem do tej kryjówki. Chodźmy.
Portale Halastera nie wyglądały zbyt okazale. Były to ledwie rozsiane tu i tam na podłodze kręgi miękkiego, złotego światła, dźwięczące dziwnie. Trudno było opisać odgłos, jaki wydawały - nie przypominał niczego, co znało ludzkie ucho. Mimo to nie był ani nieprzyjemny, ani piękny. Po prostu ciche, magiczne pulsowanie.
Drużyna stanęła nad jednym z portali. Sharwyn instynktownie złapała Deekina i Lyę za ręce.
- No to do dzieła - powiedziała nieco niepewnym głosem, a potem wszyscy razem weszli w portal.
[Pragnę tylko jeszcze zakomunikować, że oprócz odtwarzacza, który zapewne wszyscy zauważyli, pojawiła się jeszcze zakładka "Bohaterowie". Serdecznie zapraszam do wyrażania opinii także o niej :) ]
Rozdział 1.9 - Sala luster
Tylko poszukiwacze przygód myślący daleko wprzód mieli szansę na przetrwanie i Lya właśnie do nich należała. Chociaż nie miała w zamyśle grabienia dobytku królów, mimowolnie układała w myślach plan ewentualnej potyczki. I teraz bardzo się on przydał. Nim którykolwiek z władców zdążył na dobre wstać, zaklinaczka cisnęła miecz na ziemię, a z jej palców wytrysnął strumień płomienistej magii, który zmienił się w potężną ścianę huczącego ognia, rozdzielającą komnatę na dwie części. Żar był tak wielki, że trudno było chociażby do niej podejść, nie mówiąc już o pokonaniu. Półelfka była świadoma, że wśród wszelkich przeszkód, to ogień i światło były tymi, których najbardziej bali się nieumarli.
Żywiołak wody rzucił tylko spojrzenie w stronę płomieni. Trudno było odczytać, czy na jego obliczu widnieje strach, czy może podziw - zarówno przez to, że jego twarz zdawała się wciąż płynąć i falować, jak i dlatego, że niemal natychmiast rzucił się na jednego z nieumarłych królów. Wszyscy oni byli magami, dlatego wodna istota pospieszyła, by związać jednego z nich w walce wręcz. Nie było w końcu nic gorszego dla maga, niż wywijający bronią w pobliżu wojownik, nie pozwalający skupić się na czarach.
Deekin, choć nieśmiały w rozmowach, w walce niezmiennie zachowywał zimną krew. Szybko załadował swoją niewielką kuszę, a następnie wystrzelił śmiercionośny bełt, który wbił się w czerep najbliższego króla i przybił go do tronu, do wtóru pełnego gniewu syczenia i warkotu nieumarłego.
Sharwyn nie pozostała w tyle. Z pieśnią na ustach ruszyła w stronę innego władcy, groźnie dzierżąc swój egzotyczny, podwójny miecz. Dźwięki ballady opowiadały o męstwie i chwale, dodając towarzyszom energii do walki, i wlewając strach w serca przeciwników. Choć trudno było powiedzieć, czy miało to jakikolwiek wpływ na nieumarłych magów. Kobieta zamachnęła się tanecznie na wstającego właśnie króla, niemalże odcinając jego rękę tuż przy łokciu.
Ale oto pierwsza chwila zaskoczenia minęła. Królowie na dobre zbudzili się ze swego snu i byli bardziej niż gotowi do walki.
Komnata momentalnie zawibrowała od destruktywnej magii. Lya krzyknęła głucho, zasłaniając głowę rękami, gdy tuż obok niej w podłogę uderzyła błyskawica. A po niej następna. I jeszcze jedna. Czary władców nieuchronnie spychały zaklinaczkę w stronę ściany ognia, jednak ta szybko to spostrzegła. Przełamując naturalny odruch osłaniania się wyciągnęła ręce ku mocy Splotu, kształtując z jego jasnych pasm świetlistą klatkę. Bariera otoczyła zaklinaczkę, zaś przecinające powietrze błyskawice jedynie nieszkodliwie odbijały się od jej prętów.
Trudno jest jednocześnie skupić się zarówno na zaklęciach, jak i na działaniach przeciwników i przyjaciół. Niemniej jednak sztuka ta jest kluczową, jeśli trzeba nie tylko przeżyć, ale i wygrać bitwę. Lya z nadzieją obserwowała poczynania towarzyszy. Legendarni królowe-magowie nieuchronnie ustępowali pod naporem furii żywiołaka, Deekin dwoił się i troił, jednocześnie przyszpilając nieumarłych kolejnymi bełtami i unikając ich zaklęć, zaś Sharwyn zdawała się tańczyć pośród bitewnego zgiełku, a jej miecz śpiewał. W końcu ostatni z królów wycofywał się już w kierunku swego tronu, kuśtykając na przestrzelonej nodze. Walka wydawała się przesądzona.
I wtedy runęła ściana ognia.
Lya była pewna, że jej zaklęcie wytrzyma jeszcze co najmniej kilka chwil, jednak wszystko wskazywało na to, że nie doceniła potęgi starożytnych magów. Zaklęcie zostało rozdarte na strzępy, a ogień zniknął tak nagle, jak się pojawił i drużyna znalazła się w bardzo zły położeniu. W drugiej części pomieszczenia pozostało jeszcze czterech magów, ich siły i moc były jeszcze nienaruszone.
Półelfka stała najbliżej i to właśnie na nią wskazał kościany palec jednego z królów. Nieumarły mag wykrzyczał coś niezrozumiałego w swoim obcym, chrapliwym języku i strumień upiornej, czerwonej energii uderzył w zaklinaczkę. Jej ochronna, złota klatka rozpadła się w pył, a ona sama upadła nieprzytomna na podłogę.
Dźwięki docierały do Lyi jakby zza bardzo grubej ściany. Ktoś ją o coś pytał, wołał jej imię, ale nie potrafiła umiejscowić w pamięci tego głosu. Dopiero po chwili znalazła w sobie dość sił, by otworzyć oczy. Twarz, którą zobaczyła nad sobą, była nieco rozmyta, ale zdecydowanie należała do kobiety o niezwykle gęstych, lekko falowanych włosach w ciepłym, mahoniowym odcieniu.
- Spójrz, chyba się obudziła - powiedziała kobieta do kogoś obok.
Lya usłyszała tylko zbliżające się człapanie, a potem pochylił się nad nią dziwnie duży, gadzi łeb.
- Szeefie? Hej, szefie! Deekin myślał, że szef umarł, tak na zawsze...
Ten głos i sposób wypowiedzi, którego nie dało się pomylić z niczym innym, od razu sprawił, że zaklinaczka wróciła do rzeczywistości. Zaczęły do niej napływać wspomnienia walki, kolejne zaklęcia rzucane przez nieumarłych magów, i to ostatnie, wycelowane w nią...
- Nic mi nie jest - powiedziała, podnosząc się do siadu, mimo protestów Sharwyn. - Chyba musiałam stracić przytomność, albo... po prostu zasnąć.
Mimo tego, że jeszcze przed chwilą leżała nieprzytomna, czuła się zupełnie dobrze, nie pamiętała też, by Relikt teleportował ją do Żniwiarza. Zaklęcie rzucone przez tamtego czarodzieja musiało mieć mniej destruktywne skutki, niż jej się z początku wydawało.
Lya ogarnęła wzrokiem pobojowisko. Resztki na wpół zmumifikowanych szkieletów magów leżały bezwładnie, stanowiąc jedyne świadectwo tego, jak zażarta walka się tu rozegrała. Zdecydowanie nie stanowiły już zagrożenia - półelfka czuła, że ożywiająca je magia w jakiś sposób zniknęła, nie miała też już tego upiornego uczucia bycia ciągle obserwowaną.
- Rozejrzyjmy się tu trochę - rzuciła, wstając. Była poszukiwaczem przygód z krwi i kości, zaś zostawianie wartościowego ekwipunku na ciele pokonanego wroga było jawnym marnotrawstwem. Żaden z jej towarzyszy się nie sprzeciwił - podobnie jak ona wiedzieli, że czasem jeden mało wartościowy eliksir potrafi przesądzić o wyniku batalii. Razem obeszli komnatę, uważnie oglądając rzeczy władców. Mimo, że zostali pokonani, jakoś nikomu nie kwapiło się, by ich nadmiernie dotykać - przesuwali bezwładne, kościane kończyny końcem podwójnego miecza Sharwyn.
Enserric nie posiadał się z radości. Trajkotał jak najęty o cudowności świata i przyszłych walkach, w których "będzie ciął wrogów na kawałeczki", próbował też zalecać się do Sharwyn, dopóki ta nie zagroziła, że osobiście odniesie go do króla, któremu został zrabowany.
W końcu drużyna opuściła bogato zdobioną salę, bogatsza o nowe przedmioty i błękitny pręt do mechanizmu, który trzymał jeden z królów.
Ich wędrówka ciągnęła się dalej tak samo, jak poprzednio - Lya rzucała zaklęcia maskujące, a następnie wszyscy przekradali się obok walczących grup grigów i ogrów. Zrobili też jeden większy postój - każdy czul już się zmęczony kolejnymi walkami, zaś Lya nie mogła rzucać swych czarów w nieskończoność. Potem ze świeżymi siłami ruszyli dalej.
Podgórze miało dla nich jeszcze kilka niespodzianek, a Sala Śpiących Królów nie była największą z nich.
Kolejny korytarz, zamiast otworzyć się na niedużą komnatę, jakich pełno było na tym poziomie, zmienił się nagle w strzelistą, lecz dość wąską salę wyłożoną surowym, ciemnym kamieniem. Wydawałoby się, że nie było w niej nic niezwykłego, lecz dopiero po chwili Lya zauważyła, że pod każdą ze ścian ciągnie się szpaler wysokich, zdobionych luster. Ramy były wysadzane drogimi kamieniami, a powierzchnia każdego lśniła i migotała dziwnym blaskiem. Nim jednak zaklinaczka zdążyła chociażby otworzyć usta, Sharwyn krzyknęła "Dalean!" i pobiegła przed siebie. Lya zacisnęła usta - coś takiego było więcej, niż głupie. W końcu sala mogła być wyłożona pułapkami, jednak nie powiedziała nic kobiecie, a jedynie podążyła za nią.
Po drugiej stronie sali leżało zwaliste ciało półorka, wciąż ściskającego swój potężny podwójny topór, pomimo licznych ran. Wyglądały jak szerokie i głębokie cięcia, które można było zadać... właśnie toporem. Sharwyn klęczała przy swoim towarzyszu.
- Daelanie... Daelanie, zbudź się - poprosiła, lekko klepiąc jego policzek, a potem cofnęła rękę, gdy poczuła chłód martwego ciała. - Nie żyje...
- Nie martw się, zaraz temu zaradzimy - powiedziała Lya, również przyklękając przy wojowniku i wyciągając z torby berło wskrzeszenia. Sięgnęła myślami do niego i niemal natychmiast poczuła budzącą się w nim magiczną moc. Berło rozbłysło miękkim, białym blaskiem, rozświetlając korytarz i rzucając ciepłe światło na ciało Daelana. Jego rany zaczęły się w cudowny sposób goić, a twarz nabrała żywszych barw. Nagle mężczyzna wziął głęboki oddech i gwałtownie otworzył oczy, a głowa zwróciła na bok w poszukiwaniu wroga, którego nie ma. Dopiero po chwili uświadomił sobie obecność drużyny.
- Daelanie, to ja - Sharwyn. Wiesz, gdzie jesteś? - spytała kobieta, łagodnie pochylając się nad towarzyszem
- Tak... Znam cię. Przypominam sobie.. Walka w karczmie Durnana... - mruknął, pocierając skroń olbrzymią dłonią. - Już pamiętam. Pognaliśmy do lochu za obserwatorem, ale to była zasadzka. Wydawało nam się, że doganiamy przeciwnika i wtedy zostaliśmy zdradziecko ostrzelani. Sprawy potoczyły się tak szybko, że nie było nawet czasu się nad tym wszystkim zastanowić. Niewidoczni napastnicy uciekli, a ja w szale rzuciłem się w mrok w pogoni za nimi. Nie udało mi się dogonić tych, którzy nas zaatakowali. Gdy przerwałem pościg, okazało się, że oddzieliłem się od grupy. Od tej pory błąkałem się samotnie po tych lochach.
- W jaki sposób zginąłeś? - spytała Lya. W końcu coś, co zabiło rosłego półorka mogło się tu w każdej chwili pojawić...
- Przez nieostrożność. - Przyznał wprost. - Szukałem wyjścia i trafiłem do komnaty luster. Zobaczyłem swoje odbicie, wydawało mi się jednak, że widzę też błysk skarbu u swych stóp. Zbliżyłem się do jednego z luster. Jednego z dwóch środkowych na wschodniej ścianie, jeśli dobrze pamiętam. Nagle, ku mojemu przerażeniu, moje odbicie wyszło z lustra i mnie zaatakowało! Byłem zaskoczony, bo od samego początku zostałem zmuszony do obrony. Podły bliźniak odbijał kontrował wszystkie moje ciosy, a stan, w którym mnie znalazłaś, jasno wskazuje na rezultat naszego pojedynku. Nie wiem, gdzie teraz jest mój sobowtór. Może zabijając mnie, zniszczył sam siebie, a może zaklęcie utraciło moc podczas mojego spoczynku w tym miejscu... Naprawdę nie mam pojęcia.
- Wiesz, gdzie są twoi towarzysze?
- Nie. Miałem nadzieję spotkać ich podczas wędrówki po lochach, ale nie poszczęściło mi się. Przypuszczam, że mogli zapuścić się w głąb Podgórza - w każdym razie mam nadzieję, że poradzili sobie lepiej ode mnie... - Podrapał się po zarośniętym krótką szczeciną policzku. - Te lustra... Nie są tym, czym się wydają. działa tu jakaś plugawa magia. Moja... Moja własna śmierć została spowodowana właśnie przez nie.
- Może się do nas przyłączysz? - podjęła Sharwyn, patrząc na niego z nadzieją.
- Sądzisz, że to dobry pomysł? Jak do tej pory nie miałem zbyt wiele szczęścia w Podgórzu...
- Tak czy siak... przyda mi się twoja pomoc - wtrąciła Lya. Dalean był potężnym wojownikiem. Kogoś właśnie takiego brakowało w ich drużynie.
Półork wyszczerzył kły.
- Prawdę mówiąc, to nie chciałem jeszcze kończyć podróży w Podgórzu. Walka u twego boku będzie dla mnie zaszczytem.
Po tych słowach mężczyzna wstał sprawnie i na powrót chwycił swój podwójny topór, gotowy do walki. Jednak Lya nie zamierzała jeszcze opuszczać komnaty.
- Mówiłeś, że widziałeś w lustrach, jak przy twoich nogach pojawiają się skarby, tak?
Daelan spojrzał na nią z lekkim niepokojem.
- Tak, to właśnie widziałem. Nie wiem, do czego zmierzasz...
- Skoro wiesz, z którego lustra wyszło twoje odbicie, to możemy je po prostu ominąć. Może tylko to jedno z nich jest tak zaczarowane, a w pozostałych znajdziemy skarby? Z tamtego wyszedł zupełnie realny Daelan, więc czemu skarby też nie miałyby być realne?
Sharwyn pokręciła głową.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, Lya. Chyba za bardzo skupiasz się na tutejszych bogactwach, a za mało na tym, co faktycznie mamy robić.
Zaklinaczka drgnęła. Słowa Sharwyn naprawdę ją zabolały, szczególnie dlatego, że były zupełnie nieprawdziwe. Dobrze pamiętała, że nie była tu dla rozrywki ani skarbów, ale dla zażegnania kryzysowej sytuacji w Waterdeep... i wyjaśnieniu jej przyczyn.
- Jeśli możemy znaleźć tam coś, co może pomóc w naszej misji, to warto zaryzykować.
- Deekin myśli, że szef dobrze mówi. Jest nas czworo i jeśli będziemy patrzeć w lustra pojedynczo, to nawet, jeśli coś z niego wyjdzie, będzie to tylko jedno odbicie - Kobold popatrzył na Lyę. - Deekin może patrzeć i szukać skarbów. Deekin jest mały i słaby, na pewno nie będzie groźny.
To chyba przekonało drużynę. Czerwony Tygrys zaplótł umięśnione ramiona na piersi, a Sharwyn w końcu pokiwała głową.
- Dobrze... możemy tak zrobić.
Lya wskazała Deekinowi pierwsze z brzegu lustro.
- Do dzieła, Deekinie. I nie bój się, będziemy cię chronić, gdyby coś jednak wyszło z tego lustra.
Kobold zatarł łuskowate łapy i podszedł do zwierciadła. Spojrzał w jego kryształową taflę, a jego oczy rozszerzyły się lekko.
- Łaaał - westchnął, a potem schylił się i sięgnął, nie odrywając wzroku od lustra. W jego dłoni pojawił się jakiś dziwny, błyszczący kryształ. Wyglądało to tak, jakby Deekin po prostu podniósł go z ziemi u swych stóp, chociaż wcale go tam nie było. Gdy tylko pojawił się kryształ, całe zwierciadło rozbłysło nagle, a potem zgasło zupełnie. Zniknął też magiczny poblask, którym było otoczone - jego magia się wyczerpała i było już tylko zwykłym lustrem.
- To jeden z kamieni Ioun - powiedziała Lya, odbierając go od kobolda. Przyjrzała się jego powierzchni - była lśniąca i bardzo twarda, zaś wnętrze wyglądało tak, jakby wypełnione było czymś pomiędzy oparami mgły a płynną perłą. - Dosyć rzadki. Regeneruje odniesione rany.
To mówiąc wyciągnęła go w stronę Daelana i posłała myśli do przedmiotu. Kamień rozbłysnął lekko, a następnie poderwał się w powietrze, podleciał do półorka i zawisł w powietrzu obok jego głowy. Ten na początku próbował uchylić się od kamienia, ale gdy zobaczył, że nic złego się nie dzieje, zmierzył go tylko wzrokiem i odwrócił się do Lyi.
- Dziękuję
Deekin wyjmował kolejne magiczne przedmioty z luster - były to najczęściej eliksiry, ale raz zdarzyła się różdżka, magiczny pas, jeszcze jeden kamień Ioun... W końcu zostało już tylko kilka luster, ale Lya postanowiła, że nie będą ich sprawdzać. Daelan nie był pewien, z którego dokładnie wyszło jego odbicie, więc postanowili zostawić sobie trochę rezerwy.
Drużyna już miała wychodzić z komnaty, gdy uwagę zaklinaczki przykuł głos Sharwyn.
- O bogowie, nie... - wyjąkała, wpatrując się w jedno z niesprawdzonych luster i cofając się od niego z przestrachem. - Lya, ja nie chciałam, naprawdę... Tak bardzo cię przepraszam.
W tym momencie półelfka zobaczyła, jak z gładkiej tafli lustra wychodzą czyjeś ręce, a następnie zapierają się o bogato zdobioną ramę...
[Wiem, nie tak to miało wyglądać. Miałam opublikować ten rozdział w czerwcu, tuż przed długim wyjazdem wakacyjnym, ale sprzęt rozkraczył się właściwie dzień przed premierą, a potem byłam już na obozie w głębokim buszu, bez szans na chociażby powiadomienie Was o sytuacji. Ech, Murphy nie śpi :) W każdym razie przepraszam za to, a rozdział jest z chyba dwumiesięcznym opóźnieniem. Mam nadzieję, że się podoba]
Subskrybuj:
Posty (Atom)





